Posts Tagged ‘Szkocja’

Czas konczyc przygode z Wyspa.

Tak jak w temacie – czas konczyc przygode z wyspa i wracac do domu. Na jakis czas przynajmniej.
No ale po kolei – zakonczylem juz prace w knajpie jakis czas temu. Bylo mile porzegnanie, namawianie zebym zostal i po co ja wlasciwie wracam.
Pozniej bylo beztroskie wyczekiwanie na dokumenty, w trakcie ktorego odwiedzilem z Lukaszem naszego kumpla w Aberdeen. Kilka dni w sloncu zwiedzalismy miasto i okolice.
I bylo bardzo przyjemnie.
Ze znajomymi odwiedzilismy rowniez tzw. safari park kolo Stirling. Niby takie zoo ale przynajmniej zwierzaki nie byly w klatkach a na swiezym powietrzu i mialy nawet dosc miejsca zeby se polazic. Nie bylo zle.

A teraz juz jestem w drodze do domu. W drodze bo mam zamiar poodwiedzac znajomych, moze nawet obejrzec Londyn mi sie uda. A pozniej jeszcze przez Francje jest zamiar przejechac, z odwiedzeniem Paryza wlacznie.
Tak ze w domu bede gdzies na poczatku sierpnia :)

Stronka przez jakis czas nie dzialala bo serwer ziddio chyba padl. Musialem sie znow przeniesc. I nie wszystko do konca jeszcze dziala. Ale bedzie – obiecuje:)

25 – 26.05 – Kolejny wypad – St Andrews

Kolejny dlugi weekend mi sie zrobil niedawno i wybralem sie ze zanjomymi do St. Andrews.










Wypad za miasto

Sie w koncu zebralem i za miasto udalem.




19.02 – Risotto z letrgu

Swiateczno noworoczny letarg jak to ktos gdzies napisal. Powinienem dodac jeszcze karnawalowy (karnawalowy letarg – dziwnie to troche brzmi). No ale o czym tu pisac jak tu tylko praca i dom.

W Swieta, tuz przed dla scislosci i w Sylwestra to przyznam w robocie bylo goraco. Ale dalismy dzielnie rady. Choc dzwiek drukarki pozostawil nieodwracalne zmiany i taki dziwny, dosc niemily odruch.

Po Swietach na chwile odwiedzilem Polske. Ochrzcilem dzieciatko, wypilem odpowiednia ilosc wodki i spotkialem sie z kilkoma znajomymi. Niestety nie ze wszystkimi, co maja mi za zle.

Pozniej powrot na wyspe i znow tryb – praca-dom. Ale juz spokojniej i mniej godzin, bez szalenstwa. I tak sie kula.

Z dzialu kulinarnego (nosze sie ze stworzeniem takiego, moze bedzie wiecej do pisania).

Chodzila jakis czas za mna jakas potrawa z owocow morza. I jako ze pracuje we wloskiej knajpie, wymyslilem ze zrobie sobie Risotto Frutti di Mare.


A wiec:

Na patelnie olej, czosnek, chilli i imbir – rozgrzac dodac sos sojowy i wrzucamy owoce. Ja mialem pod reka malze, krewetki i przegrzebki. Po chwili smazenia dodaje troche sosu rybnego. Tu uzylem produktu pod nazwa Thai Fish Sauce. Z tym czeba uwazac ma bardzo specyficzny smak i zapach. Kojazy mi sie troche z sosem Worcester – jak sie go odpowiednio uzyje jest super, a wystarczy troche za duzo i pierdoli cala potrawe. Tak wiec sos rybny, pozniej zalewamy winem (jak dla mnie biale wytrawne wloskie) i dusimy.

W miedzyczasie rowniez na czosnku, chili, imbirze i oliwie smaze cebule, dodaje trawki cytrynowej, straczkow soji, troche marchwii (pokrojonej w cienkie prazki). Nastepnie zalewam tym wywarem spod owocow morza i dodaje ryzu (podgotowanego wczesniej). Troche sosow sojowego i rybnego, wino i swieza koledra oraz mieta. Smaze tak dlugo az ryz nie wypije calego wina i nie stanie sie miekki.

Na koniec wrzucam owoce morza. I na talerz.

Fusion Risotto w mojej autorskiej wersji. Na walentynki idealne. Jak dla mnie wysmienite.

18.12 – Check On

Ale ten czas zapieprza. Jeszcze ciagle mi w glowie wyjazd z Polski a tu juz Swieta za tydzien.

No wlasnie troche sie dzialo przez ten czas w moim zyciu.
Wpierw jeszcze w Polsce. Mialem dwa wesela – u kumpla i u kuzynka. Na tym pierwszym weselu cos sie zaczelo dziac w moim zyciu osobistym. Pozniej byl tydzien w Turcji, a pozniej to cos zaczelo kwitnac. I tak sie porobilo ze juz nie jestem sam a z Agnieszka (kumpela z kung fu). No pozniej bylo kolejne wesele gdzie juz mialem partnerke. Pozniej jeszcze zostalem ojcem chrestnym, a pozniej niestety trzabylo wracac do Szkocji.

Zastanawialem sie gdzie pracowac po powrocie – obie opcje czyli budowa i restauracja byly ciagle akutualne. Pomyslalem chwile i zglosilem sie do knajpy. Na poczatek bylo malo godzin i juz sie zaczalem obawiac czy aby dobry to byl wybor ale pozniej sie to zmienilo. Jak mi godzin dowalili to az sie zdziwilem. Zapieprz niezly – non stop slychac jak sie zamowienia drukuja i okrzyk ze wlasnie kolejne przyszlo czyli "check on". Az mi sie to cale kucharzenie, krojenie i deserowanie po nocach sni. A po drodze oznajmili ze moge zapomniec o przyjezdzie do Polski na Swieta. Jakos tak tu dziwnie jest ze to jest wlasnie najgoretszy okres w branzy restauracyjnej.

No a teraz wlasnie jest juz najgoretszy czas w tym najgoreszym okresie. Jutro jest tzw. Czarny Piatek – czyli robota na pelnych obrotach od 8ej do 11ej wieczor. Drukarka z zamowieniami ma sie rozgrzac do czerwonosci, a my w duzym skrocie mamy przerabane.
Sie okaze – The Check is On

Mysle sobie …

Mysle sobie …
Zakupy neprawde poprawiaja humor. Niby prawda znana od wiekow przez plec odmienna ale przez nas samcow jakos tak nie brana pod uwage.
Laze sobie po tesko az tu nagle, po zabladzeniu miedzy alejkami, natrafiam na cala polke z polskim jedzonkiem. Parowki, kielbaski, a nawet kluski i pierogi, w ulomnosci jezyka angielskiego zwane poprostu jako dumplings – coz za nietakt z ich strony. Micha mi sie rozesmiala i uradowany wielce tym faktem w koszyku juz mialem paczke pierozkow.
Poprawil sie humor? Ha i to jeszcze jak.

Ze kupne pierogi nie maja nic wspolnego z tymi robionymi rekami (najlepiej rodzicow)

Ze ostatni tydzien przed urlopem byl nieslychanie krwawy. W robocie sie krew lala. Niby nic male zaciecia ale apogeum bylo w sobote mojego pierwszego dnia w knajpie. Podczas krojenia szynki parmenskiej paluch mi zjechal z miesa i ciach. Powiezchnia ciala mi sie zmniejszyla o kilka mm. I dupa juz mialem po pracy. Pozniej tez sie krew lala na budowie ale juz nie takim strumieniem. Ogolnie to bez strachu palce wszystkie sa – no ok jeden tylko troszeczke mniejszy sie stal.

A ostatnio tez sie w sumie dzialo i mysle sobie ze mimo ze sie ciesze to jakos tak inaczej sie stad wyjezdza. W obu robotach sie zrobila zajebista atmosfera i w sumie juz mi sie teskni za niektorymi ludzmi. Szczegolnie w knajpie. Roboty non stop ale zabawnie strasznie.
I dzieki temu tez sie odwiedzilo starych znajomych (w pracy nie ma za bardzo czasu na pokojnie pogadac zeby nie wspomniec ze tak o suchym pysku) i powspominalo, obgadalo to i owo;)

Mysle sobie ze milo mi bedzie na urlopie. Wolne plus trzy wesela. No i Turcja pomiedzy.
No wlasnie tak a propo, bo dawno juz mi pewna piosenka po glowie chodzi:

Bob Dylan – Gotta travel on

Done laid around, done stayed around
This old town too long
Summer’s almost gone, winter’s coming on
Done laid around, done stayed around
This old town too long
And it seems like I’ve got to travel on
And it seems like I’ve got to travel on.

Papa writes to Johnny, Johnny, can’t you come home.
Johnny, can’t you come home. Johnny, can’t you come home.
Papa writes to Johnny, Johnny, can’t you come home.
Johnny’s been out on the road too long
Done laid around, done stayed around
This old town too long
And it seems like I’ve got to travel on
And it seems like I’ve got to travel on.

That silly wind will soon begin and I’ll be on my way
Going home to stay, going home to stay
That silly wind will soon begin and I’ll be on my way
And I feel like I just want to travel on
Done laid around, done stayed around
This old town too long
And it seems like I’ve got to travel on
And it seems like I’ve got to travel on.

There’s a lonesome freight at 6.08 coming through the town
I’ll be homward bound, I’ll be homeward bound
There’s a lonesome freight at 6.08 coming through the town
And I feel like I just want to travel on
Done laid around, done stayed around
This old town too long
And it seems like I’ve got to travel on
And it seems like I’ve got to travel on.

Oj bedzie sie dzialo …..

Takie tam.

Dawno mnie tu nie bylo a czas w sumie smiga i juz mamy wrzesien. Lata nie bylo, olimpiada minela i zaczal sie USOpen. Nie bede czekal do zakonczenia tego turnieju bo cos mi sie wydaje ze znow moge pisac o porazce Federera, a nie chce.
Poza tym robie na dachu – montaz elewacji. i jako ze na dachu to mi tam wieje, a ze w Szkocji to jeszcze pada, a ze mamy rekordowy sierpien pod wzgledem opadow to pada bardzo. I jak narazie jedyne co mnie ta robota nauczyla to chyba dystansu do tej pogody. Dystansu i pewnej dozy optymizmu. Bo jak leje to nigdy nie wiesz czy za raz nie wyjdzie slonce, a jak juz wyjdzie to trza sie cieszyc tym faktem ile wlezie. Takie meteorologiczne carpe diem. Robota miala byc na dw trzy tygodnie ale sie przedluzylo. Teraz juz raczej pewne ze to ostatni tydzien. Za to w przyszla sobote wracam na dorywcza robote do mojej starej knajpy Paperinos zwanej. Tym razem jednak juz nie na zmywak a na pizze. Cos czuje ze bedzie smiesznie. A w sumie robote zalapalem przez przypadek. Wychodze sobie w sobotnie poludnie z pubu po dwoch Guinnesach i CoolLight’cie i napotykam starego znajomego Rocco, ktory to juz trzy lata temu mnie wcisnal do knajpy. I gadaka szmatka, co tam slychac i w ogole i pyta sie mnie czy nie chce sobie dorobic. No to jasne ze tak. I tak wieczorami i w weekendy nic nie robie, pogoda ciulowa i tak, z moim szczesciem nadgodzin na budowie tez raczej nie uswiadcze, wiec czemu nie. Zawsze to kilka zloty wiecej.
A w ten weekend bylem u chlopakow (i dziewczyn) w Rochdale pod Manchesterem. Wilem mial geburstag to smy sie mu na hate zwalili.
W piatek juz pozno dojechalismy wiec troche sie pogadalo i kima. W sobote udalem sie z Jania na zwiedzanie Manchesteru. Hmm ino co tam zwiedzac. Centrum ladne, ladniejsze i wieksze od Glasgowskiego ale zabytkow jak na lekarstwo. Byl jakis niby stary rzymski fort ale to w sumie ino sterta gruzu.
Wbilismy sie do muzeum techniki, ale jak dla mnie nuda. Przy jednym stanowisku moznabylo trche poglowkowac. Byly rozna przestrzenne gry logiczne, tak wiec postanowilismy nie odejsc z tamtad dopoki sie czegos nie pouklada. Malo co nie poleglismy na ukladance polegajacej na zlozeniu szescianu z klockow przypominajacych tetris tyle ze przestrzenny. Po grubo pol godzinie udalo sie ulozyc. Ale z koleji piecioboczne piramidki z ktorych trzabylo ulozyc (jakos) trojkat, nas rozlozyly.
Polazilismy troche po centrum, udalismy sie zobaczyc Old Traford i z powrotem.
Wieczorem juz w Rochdale, zrobilismy imprezke urodzinowa i zastawilismy stol wodka i jakimis przegryzkami.
Wyjazd sie w pelni udal. Odpoczalem nawet, chociaz niewiele co spalem, podladowalem troszke bateryjek, a i nawet pogoda byla laskawa.
Czas zaczac nowy tydzien.
Ot zycie.

Umarl Krol niech zyje Krol.

Znow sie cos skonczylo. Skonczyla mi sie praca, skonczyly sie mistrostwa w noge i skonczyly sie mistrzostwa tenisa na londynskich kortach Wimbledonu. I koncza mi sie nerwy.

Mnie sie robota skonczyla z wlasciwie niewiadomych mi powodow. Bylem na probnym i dostalem umowe. No to bajer mysle sobie. Po wekendzie ide sobie spokojnie do pracy a koles nam na dziendobry daje wypowiedzenia. Zgupialem przyznam. Skoro nie byl zadowolony to po co dawal umowe. Wiec skonczyla sie robota i jedyna fajna zecza w tym bylo ze moglem sobie spokojnie Wimbledon ogladac i odpoczac troche.
W sporcie 2 do 0 dla Hiszpanii. 2 bo raz w fussbal a raz w tenisa (znowu :/). Na Euro to sie nawet cieszylem bo hiszpanie grali lepiej i tak im kibicowwalem, a poza tym wygrali z Niemcami wiec jak tu sie nie cieszyc.
Z tenisem to juz innaczej sie sprawa przedsawia. W kolejnym finale wielkiego szlem spotkali sie ponownie Federer z Nadalem i ponownie bylem za szwajcarem ktory tu jest niepokonany od pieciu lat. Zaczelo sie od deszczu a pozniej bylo gorzej. Jak juz zaczeli to Fed szybko dostal set w plecy. W drugim przelamal Nadala ale z kolei przegral dwa swoje gemy serwisowe i bylo po drugim secie. Juz myslalem ze to koniec. W polowie trzeciego seta przyszedl deszcz co pozwolilo Federerowi zaczerpnac sil. Po powrocie zdolal doprowadzic do tie breaka i w nim wygrac. W czwartym secie leb w leb az do tie breaka. Federer wybronil pilki meczowe i bylo 2 – 2 w setach. Piaty set to byla poezja gry z obu stron. Emocje w pokoju naszym tez siegnely szczytu. Jania aka Highlander tez sie ostatnio wkrecil w tenis, a co gorsza zaczal kibicowac Nadalowi. Temu udalo sie wkoncu przelamac Federera przy stanie 7 – 7 zeby wygrac 9 do 7. Nadal wygral swoj pierwszy wielki szlem poza kortem glinianym, przerwal Federerowi marsz po kolejny rekord i zostal pierwszym zawodnikiem od dwudziestu kilku lat ktory w tym samym roku wygral French open i Wimbledon. Mecz piekny, emocjonujacy i chyba najlepszy jaki dotychczas widzialem (a ogladam tenis od ponad 10ciu lat). Skonczylo sie calkiem nie tak jak chcialem.
Wiec calkiem nie po mojej mysli, no nie calkiem – niemcy przegraly:)
Nie chce mi sie juz tu byc, a jeszcze pogoda sie spieprzyla. No i ten zastuj z robota. Trzeba bedzie zostac dluzej. Znow nie po mojej mysli.
A jechac by juz sie chcialo … Nakrecilem sie na to nawet bardziej bo dostalem przed oczy nowe przygody kolejnych podroznikow – Mata, ktory z mala przerwa wloczy sie po swiecie od pona dwoch lat oraz Kamila co nazot Hameryki Lacinskiej pojechal.
Ech treba bedzie pieniazki szybciej zbierac i ….
No i dzis rano zadwonili do mnie z agencji czy moge sie zebrac i byc na juz w jakiejs robocie. No to w sumie sie zebralem i pojechalem. Podali mi jednak zly adres i krecilem sie jak ciula tam gdzie nie mialem. W koncu jak mi podali dobry i zaszedlem na miejsce sie dowiedzialem ze jestem za pozno i zebym przyszedl we srode. Niech bedzie sroda.

Wyjazd, robota, wstyd.

Dawno mnie tu nie bylo. Bardzo dawno prawde mowiac. A troche sie dzialo od ostatniego wpisu. Przede wszystkim nie ma mnie w Polsce (znowu) i siedze w Glasgow (znowu), pracuje na budowie (znowu), we French Open Nadal wrecz osmieszyl Federera, wygrywajac tym samym 4ty raz imreze (znowu), zaczely sie mistrzostwa europy w fusbal a Polska druzyna zdazyla sie juz skompromitowac (znowu). A no i Kubica wygral swoj pierwszy GP. Ale po kolei.
Ostatnio bylo ze mial byc pokaz slajdow z moich wojazy i byl. Odbyl sie w Chorzowie i przyszlo kupe znajomych oraz kilku nieznajomych ale zainteresowanych. Nie mnie to oceniac ale bylo bardzo spoko. Wszystkich uczestnikow pozdrawiam.
Tego samego tygodnia spotkalem sie jeszcze z kilkoma przyjaciolmi (pozdro) i w niedziele wieczor juz w droge. Znowu autkiem, a to za sprawa Mirka. Droga minela milusio choc bylo dosc ciasno w autku, tym bardziej, ze jechal z nami jeszcze Simon oraz kilka toreb od Wilusia. Ale udalo sie.
U Gojika w Rochdale pod Manchesterem posiedzialem chwile, troche sie wynudzajac pozytywnie, a troche bawiac sie z dzieciakami Wilusi (chcac tego czy nie).(pozdrowka) Na koniec tygodnia juz bylem w Glasgow. Brr jak zimno. Kompletnie odzwyczajony do tutejszej aury wymarzlem na poczatek, choc w sumie wcale zimno nie bylo.
Zamieszkalem z Jania vel Highlanderem lub po prostu Lukaszem. Mieszkanko male ale cale nasze. Jedyny problem z nim to internet a wlasciwie jego brak. Znaczy sie od czasu do czasu sie pojawia ale to najczesciej w godzinach w ktorych sie pracuje.
A propo pracy. Jeszcze w Polsce zdecydowalem sie na branze budowlana ze wzgledu na nie najgorsze stawki i mozliwosc nadgodzin, a wiec wieksza kasa. Tak wiec zaraz po przyjezdzie zarejestrowalem sie w agencji i trzeciego dnia ruszylem juz do roboty. Wpierw robota nieciekawa – rozbiorka magazynu. Rozbiorka kompletnie niezorganizowana co owocowalo tym, ze czesto nosilo sie rozne zeczy z kata w kat, lub udawalo sie jakakolwiek robote. Ale ekipa fajna. Po czasie pojawila sie okazja, za sprawa Karola z ktorym pracowalem, przejscia do innej firmy. Juz nie agencja, czyli inne, lepsze warunki, lepsza kasa i co najwazniejsze lepsza robota. Juz nie wynies – przynies tylko montaz scianek przeciwpozarowych. Dla mnie bomba. Czas szybko leci, a i atmosfera lepsza – nikt nad glowa nie stoi i sie wydziera, tylko spokojna robota. Poki co jednak jestem na probnym okresie i w krotce sie okaze czy zabawie w tym biznesie dluzej czy nie.
W swiecie sportu z wyjatkiem wyczynu Kubicy, po stremu czyli koszmar. Wpierw Federer zagral jak amator i dostal lanie w trzech krotkich setach. Tylko na chwile podjal walke. Kiepski sezon mistrza. No a poznej wybiegly na boisko nasze orly. Pierwszy mecz ze szkopami w dupe jak zwykle. Zabraklo determinacji (takiej jak na mundialu) no i umiejetnosci. Efekt przewidywalny, wymiar porazki – dwa w plecy. Ale to jeszcze nic. To co pokazali w meczu z Austria wola wrecz o pomste z nieba. Jak powiedzial komentator BBC: "teraz juz widzialem wszystko". Poziom podworkowy, blad na bledzie (w studiu rozbawieni goscie bawili sie w wyliczanie bledow w defensywie – niekwestionowanym zwyciezca tego konkursu okazal sie pan Jop z wynikiem pieciu bledow w jednej akcji). Tylko Boruc sie zaprezentowal. Reszta to kompletne dno. Nie pamietam kiedy ostatnio widzialem tak tragiczny mecz. I jeszcze te wypowiedzi pomeczowe – "austryjacy zaskoczyli nas i atakowali". No tak to pilkarze reprezentujacy nasz kraj pewnie mysleli ze gospodaze usiada na murawie i beda patrzec jak goscie probuja skonstruowac jakas akcje. Ech szkoda sie juz denerwowac. Wstyd mi bylo rano do roboty isc.

W domu.

W końcu w domu. Już od kilku dni właściwie. To może po kolei.
Zeszły tydzień minął szybko miło i dość przyjemnie, nawet w robocie. Ciężko nie było, no może w czwartek, ale bardziej mentalnie niż fizycznie. Piątek to już lajt. Wcześniej zakupiłem jeszcze baterie marki guinness, na wieczór. Na filmy – nie poszedłem spać, żeby czasem nie zaspać. Spakowałem się już praktycznie we czwartek. Musiałem porobić przymiarki, czy aby nie mam za ciężko. Po co dopłacać na lotnisku. A właśnie wracałem samolotem. Fieroch mógł nie mieć kursu w tym tygodniu a ja nie mam ani kasy, ani czasu do tracenia, ani ochoty siedzieć dłużej w anglyji. Dlatego szybko zabookowałem bilet lotniczy. I tu mała niespodzianka – najtańszy okazał się być z Glasgow. I to ten sam lot co Jani, więc przez przypadek wracam razem. I dobrze pomoże mi przy bagażach, bo mam ich trochę.
Przy okazji przepraszam Przemka i Kubę, że się teraz nie zobaczymy.
Do soboty rano dotarłem przy piwku i filmach (next – polecam i pathfinder – nie polecam, najbardziej naiwny film jaki ostatnio zdarzyło mi się obejrzeć)
Nadeszła pora wjazdu, ale został mi jeden problem do rozwiązania – obudzić Mirka. Ma mnie zawieść na dworzec. Trochę czasu minęło zanim się zebrał, ale w sumie nie było z tym najgorzej;)
Dojechaliśmy szybciutko, zabrałem moje toboły (trzy miesiące życia), pożegnaliśmy się i w drogę.
Kimło mi się trochę podczas tej 3 i pół godzinnej jazdy. Do Glasgow dojechałem głodny. Szybki sausage roll z „blue lagoon”, zjedzony nad brzegiem Clyde. Na tej samej ławce co 3 lata temu z Witkiem.
Później przechadka po centrum – St Enoch Square, Buchannan street, Modern Art Galerry, St George Square. Gdzie zasiliłem się guinnesikiem.
Posiedziałem tak praiwe do około wpół pierwszej, wspominając to miasto, jego klimat i plusy mieszkania w Glasgow. Minusów nie wspominałem – bo po co. Następnie zebrałem się na dworzec. Po chwili dotarł też Jania. Pobiegliśmy szybko na pociąg i po 45 minutach już byliśmy na lotnisku.
Po dotarciu czas się było przepakowac. Do wagi podchodziłem z pięć razy, sprawdzajęc dokładnie, żeby czasem nie przekroczyć limitów. Udało się – miałem 10 deko luzu;).
W samolocie znowu kima. Ale nie na długo bo jakiś dzieciak sie wydzierał, a jego tatuś uciszał go jakąś cholerna piszczałką. Juz sam nie wiem co było gorsze – płacz czy piszczałka (chyba jeszcze nie jestem gotowy na dziecko)
Po wylądowaniu do auta – Łukasza tata już czekał i szybciutko do domu.
Niespodzianka się udała – nikt sie mnie w domu nie spodziewał;)
Niedziele wypoczywałem z rodzinką. A od poniedziałku czas zacząć przygotowania do wyjazdu.
Misja Azja 2007 rozpoczyna się
Punkt pierwszy szczepienia – zaliczny. Szczepinki na WZW A i B, polio i dur brzuszny – przyjęte. 450 zł nie moje, a do tego ręce miałem jak początkujacy narkoman.
Do końca tego tygodnia pasowałoby rozpocząć składanie wniosów wizowych. Będzie trochę biegania po urzędach i wizyta w Wawie oraz w Krakowie. Ale to już chyba w następnym tygodniu.