Posts Tagged ‘Wietnam’

3 – 7.02 – Saigon

3.02
Do Saigonu zwanego Ho Chi Minh City, od czasow wyzwolenczego pojednania polnocy z poludniem Wietnamu, zajechalem poznym wieczorem. Troche mi czasu zajelo zeby znalezc jakis nocleg, prawie wszystko zajete z powodu nowego roku chinskiego. W koncu znalazlem maly hotelik za 6 dolarow za noc. Pozucilem bagaze i udalem sie w przemarsz przez okolice w poszukiwaniu jakiegos jadla, stanelo na dwoch kebabach za 1,5 dolca. Po owiedzeniu kolejnych kilku uliczek wrocilem do hoteliku i udalem sie do wyrka. Zasnalem dosc pozno bo kablowka wliczona do pokoju byla.

4.02
Wstalem dosc wczesnie bo mi powiedzieli w hoteliku z dormem zebym przyszedl rano i sie zapytal o wolne lozka to moze beda mieli. I tak sie stalo. Dostalem prycze za 3 baksy. Nastepnie poszedlem na spacer po miescie, odwiedzajac tzw katedre Notre Dam, ktora okazala sie byc niezbyt okazalym kosciolem, nic specjalnego.
Po dluzszym spacerze wrocilem do dzielnicy barowo-hotelowo-turystycznej, usiadlem na mala kolacje w przydroznym barze. Poznalem tym samym dwie angielki, rowniez konsumujace, a takze prawiace z wlascicielka. Ta w chwile po naszym zjedzeniu, zaprosila nas do siebie do domu. Tam poczestowala nas ciastkiem z lepkiego ryzu oraz swiezym kokosem. Pozniej zaczela nam opowiadac o wojnie, o ofiarach broni chemicznej uzywanej przez wrogie USA, o tym jak im pomaga.
Po tym ciekawym spotkaniu udalismy sie na piwko za zloty piatka za liter. A na nastepny dzien umowilismy sie na odwiedzenie tunelow Cu Chi, uzywanych przez wyzwolencza partyzantke Vietcongu.

5.02
Na wycieczke najtaniej udac sie w sposob zorganizowany prze ktores z bior turystycznych. A przynajmniej tak rzecze biblia (LP).
Tak wiec z poswieceniem wstalem rano i udalem sie jak rasowy turysta obejrzec sobie tunele.
Autbus odjechal zgodnie z planem i zaraz po odwiedzeniu zakladu pamiatek, wyrabianych przez ludzi pokrzywdzonych przez gazy amerykanskie, dojechalismy do celu naszej wyprawy.
Jeszcze tylko zakupic bilet wstepu. Tak biuro zapomnialo dodac ze koszt wycieczki to tylko transport i przewodnik.
Na dzien dobry pokazano nam krotki film przedstawiajacy wydazenia z lat 60tych w tej czesci Wietnamu. Jezyk uzywany przez narratorow tego filmu to propaganda czystej krwi marksiatowskiej, przypominalo to tez troche wypowiedzi pewnych politykow poprzedniego rzadu RP – my dobrzy biedni, uczciwi, pokoj kochajacy, oni bezwzgledni wrogowie przybywajacy tu w celu eksterminacji naszego ukochanego narodu.
Po filmie przewodnik szybko i sprawnie przeprowadzil nas przez kolejne stacje wycieczkowe, takie jak tajne wejscie do tuneli, wielkosci okolo 30x45cm, kuchnie polowe, jakis czolg zdobyty przez bohaterski lud Cu Chi, strzelnice, w ktorej dziwnym trafem najwiecej bylo rosjan, do tunelow, zatrzymujac sie co jakis czas i pozwalajac zrobic kilka fotek. Sam tunel do ktorego mozna wejsc i zarazem trzeba jakoz to kulminacyjny punkt pielgrzymki ma dlugosc 90 metro. W srodku wymiary sa okolo 90 cm wysokosc na jakies 50 cm szerokosc. W srodku jed dosc ciemno (sa co jakis czas male lampki), goraco i duszno. Nie wszystkim sie udaje przejsc caly dystans 100 yardow. Wycieczka konczy sie drobnym poczestunkiem, herbatka i przejsciem przez sklepik z pamiatkami. A jakze.
Wycieczka jest w sumie warta odbycia, szkoda tylko, ze forma byla taka a nie inna. Nie mam pojecia czy da sie tam samemu bez grupy zajechac i wejsc. Sam tunel choc niewielki robi dosc spore wrazenie. Na moje zapytanie czy tunel jest oryginalny czy to jakas replika zrobiona pod turystow, odpowiedz padla, ze oryginal.
Po powrocie udalismy sie cos przekasic a dzien zakaczylismy w naszym piwnym barze.

6.02
Ostatni dzien ksiezycowego roku. Za dnia nic wielkiego sie nie dzialo. Pozno wstalem, wypilem kilka shakow owocowych, polazilem po okolicy. Zatrzymalem sie w knajpce na posilek. Knajpka byla wietnamska tylko, zadnych turystow, menu tylko w jezyku wietnamskim. Chcac jednak cos zjesc wskazalem paluchem sasiedni stokik, na co ten zareagowal zaproszeniem mnie do siebie. I tak kolacje odbylem w towarzystwie milych wietnamczykow.
Wieczorem udalem sie na skrzyzowanie dwoch glownych ulic, pieknie przystrojonych kwiatami i roznowkolorowymi lampkami. Swoja droga przydalo by sie wyslac tu przedstawicieli kilku polskich miast, zeby sie nauczyli jak mozna udekorowac miasto na nowy rok.
Na miejscu, na scenie juz odbywaly sie jakies przedstawienia, piosenki itp. Ulice zaladowane ludzmi.
Chwile po polnocy odbyl sie pokaz sztucznych ogni, ktoremu towarzyszyly ochy, achy i oklaski publicznosci. Po jakichs pietnastu minutach wszysc sie zwineli i ruszyli do swoich domow. Przejsc przez ulice bylo naprawde ciezko.
A propos przechodzenia przez ulice. Nigdzie tak jak w Saigonie nie stanowi to takiego wyzwania. A szczegolnie na czerwonym swietle. Miasto liczy 6,5 mln ludzi, a okolo 80 procent z nich jezdzi na skuterach. Wpisalbym nawet przechodzenie przez jezdnie w HCMC na liste sportow ekstremalnych. Emocje gwarantowane. Zabawa przednia.

7.02
Pierwszy dzien roku szczura, a moj ostatni w Wietnamie. Nic sie nie dzialo. Spotkalem kumpla z Holandii i razem udalismy sie na kilka sokow, shakow owocowych, herbatek. Na miescie zadnych celebracji, parad, smoczych tancow ani niczego innego, czego sie na dzis spodziewalem.
W jednej z kafejek ucialem sabie pogawedke z bylym strazakiem amerykanskim. Ciekawa postac. Na chwile obecna pracuje w firmie dystrybujacej sprzet medyczny, produkowany w Wietnamie wlasnie. Opowiadal mi jak wygladala jego praca jako strazaka i jakim szacunkiem sie ten zawod cieszy po zamachach z wrzesnia 2001.
Z innych ciekawych ludzi, ktorych udalo mi sie spotkac, byl Swen, Norweg. Nie jest turysta, jak mowi, jest nomadem. Jest wegeterianinem, nie pije alkocholu. W trasie okolo 16 lat, do domu zadko zaglada. Jak twierdzi, nic go tam nie czeka.
Pieniadze czerpie z jakiejs dlugoterminowej inwestycji.

Wietnam mnie dosc mocno rozczarowal. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, ze poki co byl to najgorszy kraj jaki odwiedzilem. Wydaje sie byc krajem gdzie zorganizowana turystyka jest najtanszym rozwiazaniem, a wszelka niezaleznosc drogo kosztuje i nie jest mile widziana. Poza tym jako bialy jestes traktowany jak wor dolcow. Gdzie za praktycznie wszystko jestes liczony, nawet czterokrotnie wiecej niz autochton. A co gorsza sprzedawcom nie usmiecha sie targowac, wola nie sprzedac towaru niz zejsc z ceny. W ogole jakos malo sie usmiechaja.
Czego nigdy nie zapomne, w pozytywnym znaczeniu, to odcienie zieleni pol ryzowych – niesamowity kolor zmieniajacy sie przy lekkim wietrze (takiej grafy panie Janski to jeszcze dlugo zaden komp nie wycisnie). Smaku i zapachu kawy, bez dwoch zdan najlepsza kawa jaka dotychczas pilem. A zapach swiezej Blue Mountain – poezja. Teraz rozumiem czemu jest taka droga. Shake i soki owocowe tez pierwsza klasa i do tego tansze niz same owoce:)

28.01 – 2.02 Hue, Hoi An, Nha Trang, Mui Ne

Zajechalem wczesnie rano do miasta cesarskiego, i mialem na zwiedzenie kilka godzin do nastepnego miasta.
Wiec poobchodzilem dookola zagladajac do Zakazanego Miasta. Fajne, ale bardzo zniszczene.

O godzinie 14 juz bylem w autobusie do Hoi An. Na miejsce zajechalem pod wieczor i po obejsciu miasteczka wzdluz i wszez, w koncu znalazlem Hostel.
A w nim poznalem grupke ludzi, z ktorymi spedzalem kolejne dni.
Nastepnego dnia po lunchu udalismy sie na rowerki i po okolicy popedalowalismy, na plaze zagladajac.
Ale zimno bylo wiec z plazowania nici.
Wieczorkiem kolacja i piwko za 60 groszy do poznych godzin.
Kolejny dzien, poobchodzilem miasteczko, kupilem kilka owocow i to wszystko co sie dzialo.
Probowalem znalezc pomnik Polaka, architekta dzieki ktoremu miast trafilo na liste UNESCO, ale nie udalo sie.
Wieczorem wsiadlem w autobus nocny do Nha Trang.

O Nha Trang moge powiedziec tylko tyle, ze tu bylem. Nic ciekawego. Na plazy jakos tak duzo betonu.
Nie chcialo mi sie tu zostawac ani chwili dluzej. Zabookowalem szybko bilet na nastepny dzien.

Kolejna miejscowosc to mala wioska rybacka Mui Ne. Bajer. Fajna plaza, tanie soki ze swiezych owocow.
Po prostu bomba.

Jako, ze poza plaza i wydmami nie ma tu za wiele do ogladania, udalem sie na spacerek do wodospadu jednego.
I fajnie bylo. Pozniej troche plazy. Przez jakichs miejscowych syneczkow zaproszony zostalem na swiezego kokosa i wypilem moze ze dwa orzechy, zjadlem mioazsz z trzech a jeszcze jednego zabralem do pokoju.

A jutro to normalnie bedzie Sajgon :)

25 – 27.1 Ha Long.

25.01
Pobudka wczesnie rano, szybkie sniadanko, kawka i busik juz podjezdza. Godzin trzy pozniej jestem juz w miasteczku Ha Long z kad wyruszaja wszystkie stateczki z setkami turystow. Pogoda dupiata – zimno i pada. Przewodnik pakuje nas na lajbe i po chwili ruszamy. Zaraz pozniej podano nam lunch – troche owocow morza, rybka na pieciu i jakies salatki. Sklad lodki to sami obcokrajowcy, z wyjatkiem sluzby, kilku koreanczykow, kilku chinczykow, kilku Ozikow, dwie Kiwi, Brazylia, Chile, Szkolcja (Glasgo:)), USA i Polska czyli ja – mile towarzystwo.
Widoki zza dzonki niesamowite. Przypominaja troszke okolice Yangshuo w Chinach tyle ze zalane woda. Lodka sennie przeplywala pomiedzy wyspami-skalami. Krotki postoj na jaskinie i dalej w droge. Nastepny postoj na wyspie Cat Ba – czesc osob wysiada, zamowili nocleg w hotelu, reszta bedzie spala na pokladzie. Ruszamy dalej. Kolejne wysepki, kilka wodnych wiosek rybackich, kolejna atrakcja turystyczna. Na noc zatrzymujemy sie gdzies pomiedzy wyspami. Nie jestesmy tu sami, dookola kilkanascie stateczkow.
Na kolacje zapodaja – fish and chips. Fish do podzialu znowu (co zaczyna mnie irytowac, przeciez jestesmy na morzu, jakby nie bylo, czy tak trudno jest zarzucic wedke i cos zlowic), frytkow tez tyle co kot naplakal, dodatkowo jakies salatki i ryz – na szczescie duzo ryzu, mozna sie napchac.
Wieczorem nie dzialo sie zbyt wiele, jakies drinki, troche pogaduszek i … okolo 22ej zgaslo swiatlo – generator wysiadl czy cos. Dopilismy drinki i poszlismy spac.
Nastepnego dnia z ranka mielismy troche pokajakowac ale ciagle siapilo i nikomu sie na chcialo nawet wstac. Na sniadanko kilka tostow z dzemem, kawa i smazone jajko.
Lodka ruszyla dalej przeplywajac pomiedzy kolejnymi wyspkami. Zrobilismy postoj w jakiejs wodnej wiosce. Czesc ludzi udala sie na krotka wycieczke do malej zatoczki wewnatrz jednej z wysepek. Ponoc fajnie, ale nie jakos super. Reszta siedziala na statku, cieszac sie widokami, lub jak ja kosztujac owocow zakupionych u babuszek z lodek.
Po tym krotkim postoju ruszylismy powoli z powrotem do miasteczka Ha Long.
Na miejscu lunch – po krewetce, rybka na spolke, salatki i ryz. Po zjedzeniu pojechalismy z powrotem do Hanoi. Naiestety porozrzucali nas po roznych autobusach, wiec nawet nie zdazylem sie pozegnac z towazyszami z lodki.
Na miejscu w Hanoi poszedlem na kolejna nocke do tego samego hoteliku, gdzie poznalem jednego Francuz i Szweda, z ktorymi zjadlem kolacje i pogadlaismy sobie przy piwku za 40 groszy.

27.01
Pobudka tym razem normalnie (kolo dziesiatej), na sniadanie kebab. Nastepnie wycieczka do jednej ze swiatyn, oraz do muzeow – wpierw muzeum historii Wietnamu, a nastepnie muzeum rewolucji. W muzeum historii spotkalem Richarda, anglika z ktorym spedzalem czas w Hong Kongu (jaki ten swiat/azja maly). Razem poobchodzilismy muzea i poszlismy cos przekasic.
Po wczesnej kolacji udalem sie z powrotem do hotelu po bagaz, a nastepnie na autobus do Hue.

22 – 24.01 – Good morning … Hanoi.

22.01
No nie do konca taki dobry. Zaraz po wyjsciu z pociagu przywital mnie mocny chlod a chwile pozniej dostalem mzawka w twarz. Pozniej bylo … jeszcze gorzej. Na dworcu mialem zaczekac na pare belgow, poznanych dzien wczesniej w Lao Cai. Niestety nie spotkalismy sie. Wzialem wiec motorek i po uzgodnieniu ceny ruszylem do hostelu, ktory polecila mi Sehee. Po dotarciu daje kolesiowi kase, nie mialem jednak dokladnej sumy, a on reszty i nie wiedzac czemu zadowolil sie mniejsza suma. Nie dokonca rozumiejac go udalem sie do hoteliku, uzgodnilem warunki i udalem sie w kimono. Pech chcial ze nie wylaczylem budzika i ten sie darl o dziwnej porze. Wkladam reke do plecaka zeby wylaczyc dziada … a tam pusto. Zapieprzyli mi aparat!!! No pieknie – juz wiem czemu koles nie chcial wiecej kasy. Ale jak, kiedy …? W koncu padlo i na mnie. Bardzo zniesmaczony zaczalem wiec dzien.
Po sniadaniu (jajecznic + kawa – zajebista kawe maja w Wietnamie) wyszedlem z hotelu w celu jakotakiej eksploracji miasta. I zaraz po tym natknalem sie na parke belgow. Razem udalismy sie na male conieco, a pozniej poszlajalismy sie po okolicy. Pod wieczor poszlismy na przedstawienie wodnych lalek. Przedstawienie bardzo fajne, zabawne nawet.
Nastepnie kolacja – wietnamski hot pot, troche netu i spanie.

23.01
Kolejny dzien w tym dziwnym miescie.
Na sniadanie musialem wyklocic, niemalze, cene – dla turystow cena specjalna. Nastepnie wycieczka do bankomatu – trzeba se kupic jakis aparat (coz moze to skrocic troche dalsze podroze, ale bez aparatu tak … ). Dla bezpieczenstwa wybralem sprawdzona firme – CityBank i wyciagnalem pieniazki, zabralem rachunek, wyciagam lape po karte … karty brak. Gnoj ja polknal. Co jeszcze … Trase wycieczki musialem przeorganizowac ze sklepow na centrale banku. Mila pani poinformowala mnie, ze dzis juz nic nie da sie zrobic i zebym przyszedl jutro. Zobaczymy. Jak nie to bedzie krucho – bardzo krucho.
Reszte dnia spedzilem na szlajaniu sie po starej dzielnicy. W celu poprawy humoru szrpnalem sie na marsa i kawe. Niestety dostalem zamiast czarnej (w zasadzie tylko taka pijam) – z mlekiem i to drozsza. Na nic przekonywania i nerwy.
Zeby do konca nie stac w miejscu, polazilem troche po agencjach, zeby kupic wycieczke do zatoki Ha Long. W jednej z nich zabawilem troszke, bo wlasciciel ogladal wlasnie cwiercfinal australian open – Federer vs Black. Federer wygral (ot niespodzianka). Zdecydowalem sie tez udac w dalsza podroz po Wietnamie – open busem. Wsiada sie w Hanoi i mozna wysiasc na dowolna ilosc dni w kilku miastach po trasie do Saigonu. Trasa jest zgodna z moimi planami i do tego wychodzi taniej i wygodniej niz pociagami. Niestety czytalem, ze roznie to bywa z przewoznikami, wiec sie zobaczy. Mam nadzieje ze zadnych jaj nie bedzie.
Humor poprawilo mi czytanie, relacji innych podroznikow. Znow przyszla ochota na ruszenie w trase. Dokad sie da. Do kiedy sie da.
Sie zobaczy jak to bedzie.
Wpierw trzeba karte odzyskac.

24.01
Dzien zaczal sie jak codzien. Kawa, jajecznica, tenis w tv. Pozniej poszedlem odebrac karte, do banku – bez problemow. Wycieczka po aparat. Ech nawet nie zdazylem sie pozegnac z moim nikusiem – co za zycie… Teraz musze sie pocieszyc czyms zastepczym, a mianowicie idiotka panasoncia, mam tylko nadzieje, ze fotki beda ok. Coz.

Nastepnie spacer po alejkach w poszukiwaniach odrobiny owocow. O wszystko sie trzeba wyklocac. Chca czlowiekowi wcisnac kilo pomaranczy za 2 dolce – to u nas je mozna taniej kupic. Zadowolilem sie ananasem, bananami i smoczym owocem. Targu dobijalem dosc dlugo, ale sie udalo osiagnac kompromis.
Reszte dnia pokrecilem sie po okolicy, kolacja i kima.

Jutro zatoka Ha Long.

19 – 21.01 – Wietnam – Sapa

Przejscie prze granice poszlo gladko jak juz wspomnialem i Chinska przygoda zostala poki co zakonczona. Pewnie jescze tam wroce.
Tuz za granica wymienilem pieniazki z chinskich yuanow na wietnamskie dongi, po dosc satysfakcjonujacym kursie i udalem sie na autobus do gorskiej miejscowosci Sapa.
Godzinke pozniej bylem juz w gorach, ktore zakryte byly gesta mgla. Przez glowe przeszla mi znajoma z Chin mysl – po cholere ja tu przyjechalem, tu nic poz mgla. Bylo juz pozno wiec pozostalo mi znalezienie jakiegos lokum i wrzucenie czegos do zoladka. Wlasciciele pensjonatow i roznej masci naganiacze zapewniali, ze taniej jak 5 dolarow za noc nie znajde, ale ja mialem inny plan. W koncu udalo sie cos znalezc. Stanelo na 3 dolcach, chwile pozniej po obejrzeniu pokoju i lazienki, ze wzgledu na brak sluchawki od prysznica, cena poszla w dol o pol dolara. I tak udalo sie znalezc kwatere za 2,5 dolara (40000 dongow). Nastepnie jakis makaron z wolowina, szaszlyczek na dokladke i kima.
Nastepnego dnia udalem sie na przechadzke po okolicy. Ladny park z super widokiem na miasteczko i ladnymi ogrodami oraz kilkukilometrowa przechadzka poza miasteczko, zajela mi dzien.
Podczas spaceru mialem pewien kryzys. Zmeczenie podroza dalo znac o sobie. Pojawily sie mysli, zeby po Wietnamie wracac do dommu. I tak pozno – to pierwszy raz od prawie pieciu miesiecy. Jednakze pod koniec dnia, mysli te odeszly gdzies.
Kolejny dzien to juz droga do Ha Noi. Wpierw busik spowrotem do Lao Cai, gdzie przyszlo troche posiedziec czekajac na transport, a nastepnie nocny pociag do stolycy.